Dość często wchodzę na strony związane z seksem, cielesnością, edukacją seksualną itp. Jestem szczerego zdania, że lepiej edukować niż nie, a skoro już tak mówię, to sama staram się tego trzymać. Dlatego się edukuję. A dzięki bardzo sprytnym algorytmom, które skrupulatnie śledzą moje poczynania w Internecie, pojawia mi się wiele reklam powiązanych z tematyką stron, które odwiedzam. Na szczęście albo i nie. Tak też ostatnio rzucił mi się w oczy baner reklamujący podobnoż prawdziwą rewolucję w antykoncepcji. Kiedy zobaczyłam to urządzenie, pomyślałam „serio?”, a potem zaczęłam o tym czytać. Kiedy skończyłam, pomyślałam „ale serio?” bo szczerze nie wierzę. Po pierwsze, że ktoś reklamuje to jako cud i przełom, a po drugie, że ludzie naprawdę to kupują.

To urządzenie, którego nazwy nie zapamiętałam, bo szczerze to i po co, jeszcze przypadkiem przyszłoby Ci do głowy zapłacić za nie krocie, a nie chciałabym brać za to odpowiedzialności, działa na bardzo prostej zasadzie. Wystarczy, że będziesz mierzyć codziennie temperaturę swojego ciała i wprowadzać do systemu tak samo, jak swoje miesiączki. A on w odpowiednim momencie powie Ci, że hey, not today baybe. Cudowne, prawda? Takie proste. Żadnych hormonów, żadnych ciał obcych typu spirala w Twoim organizmie. Jak to dobrze, że ktoś W KOŃCU wymyślił coś takiego. Chociaż nie, czekaj, przecież to już było, prawda?

Ta rzecz, o której mówię, to klasyczny kalendarzyk miesiączkowy w wersji elektronicznej w urządzeniu, za które trzeba sporo zapłacić. Dlaczego to budzi moje wątpliwości? A no dlatego, że od dawien dawna wiadomo, że kalendarzyk to nie jest sprawdzona metoda antykoncepcji. Czytając o tym urządzeniu, zastanawiałam się, kiedy w końcu będzie napisane, w jaki sposób to zabezpiecza przed ciążą. I jak się okazuje – nie zabezpiecza. Mówi Ci tylko, kiedy jest największe prawdopodobieństwo w tą ciążę zajścia. Jeżeli jednak bardzo chcesz spróbować „zabezpieczyć” się w ten sposób, to mam lepsze wyjście – ściągnij pierwszą lepszą aplikację z kalendarzykiem miesiączkowym z Apple Store albo Sklepu Play. Gwarantuję Ci, że znajdziesz milion darmowych. Nie musisz wcale płacić za zwykły monitor cyklu.

Jeżeli już jesteśmy przy przydatnych aplikacjach, to szczerze polecam Flo. Jest bezpłatna, ma przyjemny design, a ponadto mnóstwo przydatnych funkcji – mogę zanotować ile spałam, jak się czuję, czy pamiętałam o tabletce, jest też możliwość ustawienia przypomnienia.

 

Wracając jednak do tego nieszczęsnego urządzenia. Dlaczego jeszcze jestem na nie? Bo to zwyczajne oszustwo. Wskaźnik Pearla, który mówi o tym, jak skuteczna jest dana metoda antykoncepcji, dla zwykłego kalendarzyka miesiączkowego wynosi 5-9, co w praktyce oznacza, że na 100 kobiet właśnie tyle zajdzie w ciążę w ciągu roku. Dużo niedużo, to akurat nie ma znaczenia. Liczy się fakt, że twórcy elektronicznego (wątpliwego) cuda, gwarantują, że przy jego stosowaniu w ciążę zajdą dwie kobiety na sto. Jakim cudem? Nie mam pojęcia. Tym bardziej, że byłoby to mniej niż w przypadku chociażby tabletek jednoskładnikowych czy prezerwatyw.

Dlaczego decydujemy się na tak niepewne metody antykoncepcji?


Eh będę to powtarzać do końca życia – edukacja, edukacja i edukacja. A w tym przypadku raczej jej brak. Brak świadomości po pierwsze o wątpliwej skuteczności takich metod (mówiąc takich mam na myśli właśnie kalendarzyki, stosunek przerywany, „bo w czasie miesiączki nie można zajść”, „bo przy pierwszym razie się nie zachodzi”, „bo na jeźdźca/na stojąco działa grawitacja” i tu jeszcze milion innych), a po drugie o wielu innych możliwościach zabezpieczenia. Po pierwsze, kobieto, nie daj sobie nigdy wmówić, że jakikolwiek penis jest za duży na gumki. No bo nie ma takiej możliwości. A jeśli serio tak jest, to istnieją prezerwatywy w większych rozmiarach. Więc znowu – nie ma możliwości, żeby jakikolwiek penis był za duży na gumki. Po drugie – wiele z nas boi się tabletek. Bo ingerują w organizm. Bo niszczą żołądek. Bo whatever. Do tego zaraz wrócę, chciałam tylko powiedzieć, że istnieje całe mnóstwo metod zastępczych – spirala, implant, zastrzyk, plastry, krążek. I nie ma czego się bać. Idź do swojego ginekologa lub ginekolożki. Zapytaj, porozmawiaj, rozwiej swoje wątpliwości.

Tabletki antykoncepcyjne, czyli nie taki diabeł straszny

Żeby nie było, ja nie jestem specjalistą. Ale lubię wiedzieć. A jak się uczyć, to tylko od najlepszych. Dlatego całym serduszkiem polecam Ci „Neuroerotykę”, ostatnią książkę prof. Vetulaniego. W niej znajduje się dość obszerny fragment poświęcony antykoncepcji. Można tam przeczytać między innymi, że tabletek antykoncepcyjnych nie ma się co bać. Nie ma drugiego leku, który sprzedawałby się w takich ilościach i który byłby przyjmowany przez tak dużą ilość społeczeństwa. Dlatego też jest to najlepiej przebadany i przetestowany środek na całym świecie. A co z tym całym tyciem, złym samopoczuciem itd.? To po prostu skutki uboczne stosowania hormonów. Mogą się pojawić, ale nie muszą. Po raz kolejny – warto to skonsultować z lekarzem, może z innymi tabletkami będziesz czuła się lepiej.

Żeby była jasność

Ja wcale nie mówię, że korzystanie z kalendarzyka i pochodnych jest złe. Sama to robię. Ale robię to po to, żeby znać swój organizm i cykl. Żeby samodzielnie umieć rozpoznawać, co się dzieje. Nigdy po to, żeby się zabezpieczyć, bo zabezpieczenie to żadne. A kupowanie specjalnego urządzenia które niby ma chronić przed ciążą to wyrzucenie pieniędzy w błoto, bo to zwyczajna ściema.

zdjęcie: rawpixel/unsplash.com