Nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że na większość z nas od małego wywierano presję, żeby mieć jak najwyższą średnią ocen.

Miałam to szczęście, że przez całą podstawówkę, gimnazjum, a z niektórych przedmiotów także w szkole średniej nie musiałam się za dużo uczyć, żeby mieć pasek na świadectwie. Problem pojawił się, kiedy nagle samo przychodzenie na zajęcia przestało wystarczać i musiałam zacząć naprawdę zakuwać, żeby utrzymać wcześniejszy poziom ocen. A często nawet i to nie starczało. I co z tego? No to, że nagle zaczęłam się czuć gorsza.

Presja bycia „lepszym”.

Nauczyciele w szkołach zwykle lepiej traktują osoby z lepszymi ocenami. Rodzice wciąż mówią Ci, że musisz się uczyć, żeby mieć wysoką średnią. Nie ma możliwości, żeby nie odnieść wrażenia, że „bycie mądrym” i „zdobywanie dobrych ocen” to jedyne słuszne wyznaczniki wartości człowieka. Na szczęście między końcem szkoły średniej a początkiem studiów wydarzyło się coś, za co z perspektywy czasu jestem niesamowicie wdzięczna, bo całkowicie zmieniło mój sposób postrzegania świata. I ocen też.

Co się stało?

Problem z moim wyborem studiów był taki, że ja totalnie nie wiedziałam, co chcę w życiu robić. Nie mogłam też znaleźć kierunku, o którym pomyślałabym „o, to chcem”. Więc padło na filologię. Angielsko-chińską jako pierwszy wybór i ewentualnie angielską jako drugi, bo z języków jako tako mi zawsze szło. No i przyszedł maj a wraz z majem matura. I nie wszystko poszło tak, jak chciałam. Znaczy wiesz, nie jakoś bardzo tragicznie, bo z ogólnego wyniku mogłam być naprawdę dumna, jednak wystarczająco, żebym mogła myśli o filologii wyrzucić do kosza. No ale co teraz? Jakieś studia musiałam wybrać.

Pamiętam jak dziś, ostatni dzień rekrutacji na studia, a ja siedzę przed komputerem i scrolluję listę kierunków na UAM, bo może akurat coś się znajdzie. No i się znalazło. Językoznawstwo komputerowe. Myślę, że wcześniej to olałam, bo komputery i ja to się nigdy nie łączyło w jedną całość. Ale tym razem sprawdziłam program studiów. I doznałam olśnienia. Tak, to było właśnie to. Teraz jestem na drugim roku i wiesz co? W życiu bym nie zamieniła tych studiów na żadne inne. Jestem też pewna, że gdybym jednak dostała się i poszła na tą filologię, to żałowałabym strasznie.

Wtedy uznawałam to za porażkę. Teraz się cieszę, że tak wyszło, bo przynajmniej zrozumiałam jedną ważną rzecz – żadne oceny czy wyniki z egzaminów nie są wyznacznikiem mojej wartości.

Nie wszystkie problemy da się rozwiązać „ciężką pracą”.

Oczywiście zgadzam się, że chęć zdobywania jak najlepszych wyników wymusza na nas robienie czegokolwiek i to dobrze. Jednak jednocześnie utrudnia dostrzeganie, dlaczego my właściwie to robimy. Po za tym nie jest tak, że wszyscy jesteśmy dobrzy ze wszystkiego. Ja na przykład zawsze byłam do niczego z włefu. W bieganiu zawsze ostatnia, przewrotu w tył do dziś nie umiem zrobić. Mimo to były jakieś wytyczne, które mówiły, co trzeba zrobić, żeby dostać jakąś ocenę. Ja, choćbym nie wiem jak bardzo się starała, prawie zawsze zaliczałam wszystko na 3. Co z tego, że z innych przedmiotów miałam same 5. Przez to nie tylko nie byłam dobra, ale jeszcze nienawidziłam całym sercem tego przedmiotu. A czy to tak powinno wyglądać? Przecież sport jest świetny! Daje tyle różnych korzyści! Teraz, dwa lata po skończeniu szkoły średniej, dla własnej przyjemności uprawiam sport i uwielbiam aktywność fizyczną. Sprawia mi to po prostu frajdę. Na szczęście nikt już nie ocenia moich wyników.

Średnia ocen nie pokazuje tego, kim jesteśmy.

Zwykle jest tak, że najlepsze oceny dostajemy z przedmiotów, które po prostu lubimy, a nie z których uczymy się najwięcej. Oczywiście z tych mniej lubianych też często możemy dostać 4 czy nawet 5. Wystarczy, że zmusimy się do uczenia ich trochę bardziej. Jednak to niczego nie udowadnia. Po za tym… serio, w pewnym momencie absolutnie nikogo nie obchodzi Twoja średnia ocen. Ani wyniki na maturze. Liczą się tylko umiejętności, które posiadasz i Twoje doświadczenie. Średnia to tylko niewielki ułamek historii. Twojej historii. Możesz zaoferować sobą znacznie, znacznie więcej.

Moja rada?

Skup się na tym, co sprawia Ci największą przyjemność, co najbardziej lubisz. Wiesz już, co chcesz w życiu robić? Świetnie! Skupiaj się przede wszystkim na przedmiotach, których najbardziej potrzebujesz (na przykład żeby zdać maturę, bo bez niej nie dostaniesz się na studia) i które dadzą Ci najbardziej przydatne umiejętności. Z reszty też się ucz, ważne jest wiedzieć, ale możesz je odłożyć na dalszy plan. Przede wszystkim czuj, że uczysz się dla siebie, a nie dla jakichś cyferek. Potraktuj to jako drogę do osiągnięcia większych rzeczy.

Zdjęcie: Jeremy Bishop/unsplash.com


Hej, śledzisz mnie już na Facebooku i Instagramie? Jeśli nie, to na 
co jeszcze czekasz? Bądź na bieżąco z nowościami i pozostańmy w kontakcie!
Total
25
Shares