Napaść na narodową mennicę Hiszpanii i wydrukować sobie 2,4 miliarda Euro.

Plan jest prosty – wejść do mennicy, wziąć zakładników. Nie pozwolić na przejęcie budynku, dopóki nie będzie wystarczającej ilości pieniędzy i nie uda się z nimi uciec. Problem tylko, że po drodze absolutnie wszystko może pójść nie tak.

Berlin, Tokyo, Moskwa, Helsinki, Denver, Rio, Nairobi, Oslo – oto organy wykonawcze. Każde z nich jest zupełnie inne. Każde potrafi co innego. Każde ma na koncie zupełnie inne przestępstwa. Każde z nich ma też zupełnie inny motyw swojego działania.

Nairobi cały czas myśli o synu, którego odebrano jej kilka lat wcześniej. Tokio właściwie nie miała wyboru, czy chce wziąć udział w napadzie czy nie – Profesor, mózg całej operacji, uratował ją przed policją. Berlin – narcyz, egocentryk, psychopata. Bierze udział w całej akcji, bo nie ma absolutnie nic do stracenia.

Natomiast sam Profesor jest postacią, o której w trakcie całego serialu dowiadujemy się tyle, co nic. Wiemy tylko, że inspiracją dla planu, który opracował, były opowieści jego ojca i że od 19. roku życia nie ma dowodu osobistego. Jeśli sama miałabym coś o nim powiedzieć, to powiedziałabym tylko inteligencja is the new sexy.

Profesor ma ogromną wiedzę na temat procedur policji, prawa oraz ludzkiej psychiki. Jest prawdziwym geniuszem, a jego plan uprzedza każde działanie policji. Oglądając serial, byłam naprawdę pod wrażeniem. Serio, mam świadka na to, że niektóre z odcinków Domu z papieru oglądałam ze szczęką na podłodze. Szczerze mówiąc, nawet nie próbowałam jej zbierać. Były momenty, gdy wydawało się, że Profesorowi nie udało się jednak przewidzieć wszystkiego i już za moment będzie po skoku stulecia. Jednak zaraz potem okazywało się, że nawet te drobne „wpadki” były zaplanowane. Plan profesora jest tak dokładny, że wdał się on w romans z panią komisarz prowadzącą śledztwo w sprawie napadu, a ona absolutnie niczego się nie domyślała! Oczywiście do czasu.

Grupa do skoku przygotowuje się przez kilka miesięcy w opuszczonej, podmiejskiej posiadłości. Na początku pierwszego odcinka wydawło się, że będziemy obserwować te przygotowania, ale nic z tego – od razu zostajemy wrzuceni w wir akcji.

Pod względem postaci (i każdym innym w sumie też) ten serial zasługuje na wielkie wow. Są świetnie napisane i świetnie zagrane. Zarówno aktorzy, jak i twórcy serialu doskonale wiedzą, kim ma być każda z nich. Przez to pojawia się też wiele niespodziewanych sytuacji, w których rolę główną odgrywa życie prywatne bohaterów, które jest tak samo skomplikowane, jak i oni.

„Dom z papieru” przedstawia postacie, które w teorii powinny być negatywne, jako protagonistów. Kibicujemy im przez wszystkie odcinki, z zapartym tchem obserwując ich zmagania w mennicy, jednocześnie mając nadzieję, że policji nie uda się wytropić, kto za tym wszystkim stoi, chociaż to przecież oni (w teorii) robią tę dobrą robotę.

Napad, będący główną osią fabuły, dzieje się przez całe dwa pierwsze sezony. Gdy usłyszałam, że będzie trzeci, nie byłam zachwycona szczerze mówiąc. No bo ej, jest po napadzie. Skończyło się tak idealnie, jak tylko mogło się skończyć. Po co kręcić trzeci sezon? Moją największą obawą jest to, że kolejna część zepsuje wrażenie, jakie zrobiły na mnie dwie pierwsze. Jednocześnie jestem mega podekscytowana i już nie mogę się doczekać!


Zdjęcia: materiały promocyjne Netflix